Architekt-akwarelista

Politechnika Warszawska jest nie tylko kuźnią inżynierów, ale gromadzi w swoich szeregach wyjątkowych artystów. Tytus Brzozowski jest utalentowanym akwarelistą, który ukończył Wydział Architektury PW.

Brzozowski edukował się także w Finlandii. Swój dyplom dotyczący porozumiewania się kultur, wpływie miejsca na architekturę, a w szczególności polskości w architekturze przygotował przy współpracy z polskim i fińskim promotorem.

Obecnie artysta jest pracownikiem zespołu jednej z warszawskich pracowni projektowych.

W swoich dziełach Tytus Brzozowski przedstawia wielkomiejski szum, zręcznie komponuje współczesną Warszawę z nieistniejącymi miejscami, zestawia ze sobą budynki z różnych miejsc i okresów. Wielowątkowe układy dopełnia surrealistycznymi elementami oraz gra z perspektywą. Artysta przywołuje warszawskie skojarzenia oraz symbole.

Strona artysty: http://www.t-b.pl

t-b.pl

Karolina Halik

Reklamy

Z architektury na fotel reżysera

Tomasz Bagiński – były student Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, który przerwał naukę, aby zająć miejsce na fotelu reżysera, zrealizował spektakularny klip promujący Igrzyska Olimpijskie w Soczi.

Oficjalny trailer Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi – jest najnowszym dziełem artysty, które błyskawicznie obiegło cały świat i zyskało powszechne uznanie.

Za całość filmiku, poza scenariuszem i produkcją, odpowiadali Polacy pod czujnym okiem Bagińskiego w roli reżysera. Zdjęcia powstały w Polsce w Warszawie – na Torwarze i w ursuskiej hali, a góry zostały stworzone w studiu.

Utalentowany rysownik, animator i producent filmowy był już nominowany do Oscara za „Katedrę”, krótki film animowany oraz do Złotego Lwa na Międzynarodowym Festiwalu filmowym w Wenecji za „Kinematograf”. Do tej pory Tomasz Bagiński wyreżyserował ponad 100 reklam oraz krótkometrażowych filmów animowanych. Artysta odpowiadał za reżyserię animowanej scenografii do koncertu „Siedem bram Jerozolimy” nagrodzonego w 2009 roku nominacją do nagrody Emmy.

Prezydent Bronisław Komorowski odznaczył Bagińskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Animacje przygotowane przez Bagińskiego można podziwiać na stronie firmy, z którą jest związany od 1997 roku: http://www.platige.com/pl/page/237-Tomek_Baginski, a trailer jest dostępny w serwisie YouTube:

Karolina Halin

Góry wybrały mnie same

Wywiad z Leszkiem Cichym – człowiekiem-orkiestrą – alpinistą, geodetą, pracownikiem naukowym PW, maklerem, przedsiębiorcą.

Jest 8:30 rano, więc zaczniemy od takiego pytania: gdyby mógł Pan kupić godzinę więcej w ciągu doby, to na co chciałby Pan ją przeznaczyć?

Najwięcej czasu chciałbym wieczorem, żeby móc go więcej spędzać z rodziną, z żoną. Myślę, że to jest to, czego mi brakuje.

A teraz przejdźmy do tego najważniejszego wydarzenia – wejścia na Everest. Jakie emocje wiązały się z wyprawą przed wyjazdem. Czy potęga góry bardziej była motywująca, czy były momenty paraliżu emocjonalnego, że to może za dużo?

Dla nikogo z nas to nie była pierwsza wyprawa. Ja miałem wtedy 29 lat, a to była moja piąta wyprawa w Himalaje. Wspinałem się już od 10. Mieliśmy świadomość, że to pierwsza próba wejścia na ośmiotysięcznik, czy w ogóle w Himalaje, zimą. Wszyscy mieliśmy poczucie takiej historyczności chwili, tego że niezależnie od tego, czy to się uda, czy się nie uda, to będzie to zapisane. To była pierwsza zimowa wyprawa w Himalaje, która działała z oficjalnym zezwoleniem. Raczej byliśmy przytłoczeni. To były takie trudne czasy, że byliśmy przytłoczeni raczej codziennością. Były wtedy takie relacje cenowe, że opłacało się wywozić towary z Polski do producenta, do Indii i do Pakistanu – ryż czy cukier. A przygotowania były w roku 1979, czyli na pół roku przed kryzysem. Sklepy były puste, a zdobycie wszystkiego, łącznie z żywnością, którą trzeba było wywieźć… to było trudne. Wywoziliśmy stąd 8 ton sprzętu, żywności i tych „górskich” rzeczy. Te góry gdzieś były dopiero w tle. To jest fajne, bo to jest intensywny okres pracy przed wyjazdem, a potem jest ten okres kiedy lądujemy w danym kraju, załatwia się wszystkie formalności, co raczej dotyczy kierownika czy zastępcy, a cała ekipa już żyje wyprawą. Najpierw jest Katmandu i zaraz potem mamy samolot do Lukli, kilka dni karawany, zaczyna się okres aklimatyzacji, trochę wyciszenia, zobaczenia gór, dojścia do bazy. To jest fajne. Teraz ten okres się skraca, droga jest krótsza, a wtedy to było 7 dni marszu do bazy. To jest dopiero moment, kiedy zaczynamy żyć górami i wyprawą, bo wcześniej były tylko przygotowania.

Jest przepiękna opowieść, jednocześnie śmieszna, o tym, co znaleźli Panowie na szczycie…

To jest właśnie nietypowe, bo dwa lata przed nami weszła tam od strony chińskiej duża chińska ekspedycja, tą drogą, którą przed wojną próbowały wejść angielskie wyprawy. Były doniesienia, że oni w roku 1963 podobno byli na wierzchołku od tamtej strony, ale to mało prawdopodobne – nie przedstawili żadnych dokumentów ani zdjęć. A to już była większa ekipa, wynieśli tam taki mały aluminiowy maszcik, trójnóg z masztów namiotów. Wbili to na samym wierzchołku, czyli trójnóg wbili w lód i w to sztycę, która się złamała i powstała rurka. Tam była włożona kartka owinięta w folię. Kartka bardzo ciekawa, ale też tragiczna w wyrazie, bo zostawiła ją osoba, która zginęła podczas zejścia. Natomiast my mogliśmy zostawić w tym miejscu swoje rzeczy, to, co było w pakiecie szczytowym.

Historia różańca nie wynikała z naszej ekstraordynaryjnej religijności, ale można byłoby nakręcić o tym film dokumentalny albo fabularny. Jak w 1979 roku był Jan Paweł II w Polsce, to spotkał się z Wandą Rutkiewicz, ponieważ on został wybrany Papieżem w tym samym dniu, co ona była na Evereście. Powiedział do niej, że tego samego dnia weszli na swoje szczyty. Miał on też spotkanie z matką Staszka Latały. Staszek Latała był filmowcem, który brał udział w wyprawie na sąsiedni szczyt – Lhotse i zginął. Kiedy my się pakowaliśmy,  mama Staszka przyszła i przekazała nam różaniec, aby wynieść go jak najwyżej. Tak różaniec znalazł się w pakiecie szczytowym. To jeszcze ma dalszą historię – na wiosnę różaniec został znaleziony przez kolejnego zdobywcę. Na szczyt weszli Szerpa z Baskiem – Bask wziął różaniec, a Szerpa termometr minimalne-maksymalny. Niestety, pręcik termometru zsunął się podczas przenoszenia i nie dało się już odczytać minimalnej temperatury. Spotkaliśmy się jakieś trzy lata później z Baskiem w Katmandu i powiedział, że różaniec to był prezent dla jego bardzo wierzącej matki. Różaniec wrócił niejako od Papieża, przez inne osoby i pewnie w tej rodzinie nadal jest.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że pamięta każdy dzień z wyprawy na Everest. A jak było na samym szczycie? Czy przeważała radość, czy troska, że jeszcze trzeba zejść?

To już była nasza kolejna wyprawa w Himalaje z Krzysztofem. I też od początku wbijano nam w głowę, że najważniejsze jest zejście. Wejście zimą na Everest nie ma nic wspólnego z romantyzmem. Może nieprzypadkowo Krzysztof i ja jesteśmy, byliśmy inżynierami. Wszyscy pytają mnie o oniryczne przeżycie. Nic z tych rzeczy, broń Boże. Tu mamy zegarek i patrzymy na czas. Tu mamy wysokościomierz, a na plecach butlę z tlenem. Ciągle analizowałem w głowie, teraz też tak robię, jak jadę samochodem. Jaką mam średnią prędkość itd. Mnie to samo tak wychodzi. Byłem finansistą przez tyle lat. W górach musieliśmy wtedy kalkulować, ile metrów się przenosimy w pionie, jak szybko będziemy na górze, a która jest godzina, na ile nam starczy tlenu, itd. Bez przerwy coś analizowaliśmy, to nas zajmowało. No, a otoczenie umożliwiało lub nie dalsze poruszanie się. Więc byliśmy na tym skupieni. I na szczycie oczywiście cieszyliśmy się z dobrze wykonanego zadania, natomiast wiedzieliśmy, że jeszcze mamy tyle i tyle tlenu, tyle czasu do zmroku. Cały czas myśleliśmy o tym, co będzie. Radość przyszła później. W obozie II. Przez pięć dni byliśmy z Krzysztofem tylko sami. Niewiele ze sobą gadaliśmy. Nie było potrzeby.

Idąc na szczyt, w masce tlenowej, niewiele się mówi. Natomiast po noclegu na przełęczy, po zejściu do obozu III i potem razem z kolegą, który zwijał namioty, do obozu II. Tam był większy namiot, do którego wziął nas Andrzej Zawada, w którym gotowali nasi koledzy, a my po prostu usiedliśmy i na zmianę opowiadaliśmy o tych minionych pięciu dniach. Andrzej nagrał to wtedy na magnetofon. Potem po powrocie do Polski Andrzej nam to puścił. I wtedy Krzysiek powiedział: „Andrzej, cholera, byliśmy na szczycie Everestu“. Dopiero wtedy to do nas dotarło, po tym jak odsłuchaliśmy tego, co powiedzieliśmy na świeżo wtedy w obozie. To jest historyczne nagranie.

Co było potem: po powrotach? Emocje, wrażenia i reakcje innych osób?

Trzeba sobie przypomnieć, że to był taki szczególny czas, to był 80 rok, wróciliśmy dokładnie ósmego marca, mieliśmy świadomość, że była jakaś reakcja „zewnętrznego świata”, no ale to, co zobaczyliśmy po naszym przyjeździe przeszło nasze oczekiwania. Przy żadnej innej wyprawie nie było takiej reakcji. Może dlatego, że to była zima. To, co odróżniało tę wyprawę to jeszcze to, że mieliśmy codzienną łączność z Polską, co było ewenementem, bo do tamtej pory nie było łączności satelitarnej, przychodziły tylko listy, więc były opóźnione trzy tygodnie, sześć tygodni. Tu jeszcze występowała różnica czasu – 3 godziny 45 minut, która powodowała, że my o godzinie 2-3po południu byliśmy po wszystkich przejściach danego dnia, mieliśmy łączność w sieci radiowej z Polską, więc w popołudniowych gazetach, które jeszcze wtedy w Polsce wychodziły, ukazywały się informacje o postępach wyprawy – kto przeszedł z którego obozu, kto zszedł… Można było dokładnie śledzić wyprawę. To bywały długie rozmowy na fonii, więc były czytelne i w związku z tym była to tak jakby bieżąca relacja przez kilka tygodni. No prawie jak transmisja z meczu. Po powrocie byliśmy powszechnie rozpoznawani. Pamiętam miałem taką niebieską kurteczkę, nie miałem wtedy samochodu i kiedyś jadąc tramwajem pewna kobieta zapytała „Panie Leszku, czy mogę chociaż potrzymać pana za kurtkę?”. To były dla nas rzeczy nowe. Do tej pory nie spotykaliśmy się z takimi reakcjami. A Uczelnia? Na Uczelni przywitali mnie studenci i pracownicy. No i oczywiście dziennikarze, masa… ale staraliśmy się do tego dystansować. Niektórzy mówili, że „woda sodowa”, ale uniknęliśmy tego – zarówno Krzysztof, jak i ja. Krzysztofa kiedyś w wywiadzie zapytano, czy coś zmieniło się po Evereście. Wszystko stało się trochę bardziej zdystansowane – żona czasem żartuje, że jak na Evereście się udało, to i to uda się pokonać, a trudności były wtedy w Polsce. Krzysztof za to odpowiedział wtedy, że od świadomości bycia na Evereście siedzenie na gwoździu nie jest łatwiejsze.

Nakręcony został film, prawda? „Gdyby to nie był Everest“?

Ten film jest wyjątkowy, w przeciwieństwie do innych filmów górskich. Nie ma w nim ani jednej sceny dokręconej w innych górach, poza bazą jaką był Everest. To jest autentyzm tego filmu. Film tworzy też ta rozmowa ze szczytu, ona została nagrana i jest dobrze słyszalna.

Powiedział Pan, że mógłby zostać artystą. A czy to, co dzieje się w górach nie jest też tworzeniem dzieła?

Ja lubię przebywać w górach. Niezależnie, czy to są Tatry, czy Himalaje. Nie lubię tylko tłumu. Choćbym był po raz enty w tej samej dolinie, to góry są zawsze inne. W tym sensie człowiek tam się dobrze czuje. A oczywiście, kiedy jestem w górach trzeba odebrać pogodę, jeżeli prowadzę grupę, to nastrój tej grupy. Trzeba ją też jakoś zintegrować. Ludzie mnie pytają, czy nie nudzi mi się zdobywanie z kolejną grupą Kilimandżaro, na którym byłem piętnaście razy. Ale dla emocji tych ludzi, których prowadzę, warto zdobywać je po raz kolejny. Dla ich radości na szczycie. Pozwalam tym osobom poczuć się lepiej Tak jak profesor, który nauczy dobrze studenta. Może czuć satysfakcję. Dlatego też chętnie pojadę na Kilimandżaro kolejny raz.

Jak Pan myśli, jakie emocje towarzyszyły Pana rodzicom a później żonie?

Starszy syn urodził się w 1979, więc przez radio dowiedziałem się, że zaczął chodzić. No na pewno jest to poczucie oddalenia, ryzyka i jest to trudniejsze dla tych, którzy zostają tu, w Polsce. My tam działamy, chodzimy, wiem, co z nami się dzieje. Natomiast ci, którzy zostają tutaj raczej mają poczucie bezsilności, bo nie mogą zrobić nic, poza duchowym wspieraniem, czy modleniem się.

Rodzice wspierali Pana?

Ja dosyć wcześnie się usamodzielniłem, moi rodzice pracowali, w związku z czym sami sobie gotowaliśmy. Ojciec miał warsztat, wtedy był rzemieślnikiem, natomiast mama pracowała daleko, więc przychodziła późno, przez co musieliśmy być samodzielni.

Bali się, ale nigdy nie mieli nic przeciwko. Ojciec umarł w 1973. Mama była pełna podziwu, ale też nie była gorącą zwolenniczką. Nigdy też nie usłyszałem od obojga z nich żadnych słów zakazujących.

Jak załatwiał Pan urlopy na uczelni, aby móc udawać się na wyprawy?

Na pierwszą wyprawę, w 1973 roku, na Shispare, kiedy jechałem samochodem, co w jedną stronę trwało trzy tygodnie, to nie było mnie przez pół roku, więc napisałem wniosek o urlop dziekański i dostałem go na czas jednego roku. Natomiast na kolejne wyprawy, których w czasie studiów odbyłem jeszcze trzy czy cztery, trwały krócej. Mieliśmy wspaniałego prodziekana do spraw studenckich  prof. Wapińskego, który po jednej z wypraw powiedział mi „Leszek, ja już nie chcę wiedzieć, na którym jesteś roku, więc zdawaj to co możesz z zaległych przedmiotów, możesz też chodzić na kolejne (bo wtedy nie było indywidualnego toku studiów), ale staraj się to wszystko płynnie zdawać”. Pisałem dyplom z kolegą, tak że on napisał część tekstową, pomiary zrobiliśmy wcześniej – on obronił go wcześniej, a ja dopiero po powrocie. Obrony nie zrobiłem na jesieni, ale dopiero w marcu czy kwietniu następnego roku. Potem zostałem na uczelni, więc to było już w swoim środowisku. Na geodezji już jako pracownik było mi o wiele łatwiej, bo kiedy planowałem wyprawę, to mogłem skumulować większość zajęć i praktyk w jednym półroczu, a drugie półrocze mieć „wolne”. Wtedy brałem urlop bezpłatny.

Czy był jakiś wykładowca, profesor, który szczególnie zapadł Panu w pamięć?

Mieliśmy super pracowników naukowych. Naprawdę wyjątkowe osobowości. Profesor Kamela, człowiek który do tamtego czasu napisał wszystkie książki o geodezji. Profesor Lazzarini… To był moment, kiedy byli jeszcze profesorowie „przedwojenni”. Wtedy jeszcze zdarzało się, że były egzaminy, na które przychodziło się, dostawało kawę i była prowadzona rozmowa. To miało tylko jedną wadę – czasem, kiedy miało się egzamin o trzeciej, profesor zjawiał się koło piątej. Ale też nie było tak, że zdawało się wszystko.

Czy metody motywowania stosowane podczas wypraw działają Pana zdaniem wśród studentów?

Myślę, że metoda wyznaczania nagród jest ogólnie przyjęta. Ona została sobie przeze mnie wymyślona, potem interesowała mnie taka psychologia, przeczytałem trochę książek i okazało się, że to jest już znane i to tylko wtórny pomysł. Wydaje mi się, że ją można stosować w bardzo wielu momentach, nawet noworoczne obietnice mogą być na tym oparte.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że w pewnym momencie w górach spotykały się trzy pokolenia Polaków, a z perspektywy czasu czego Pan zazdrości a czego współczuje dzisiejszym dwudziestolatkom?

Na pewno wiele się zmieniło. Wszystko stało się bardziej dostępne. Ja sobie cenię, że wtedy tak było. Byłem w miejscach, w których człowiek pierwszy raz stawiał stopę. Teraz ciężko wyobrazić sobie miejsce, w którym człowieka jeszcze nie było. Byłem ostatnio przez kilka dni w Paryżu, wyobrażałem sobie, jak miliony ludzi budowały to miasto kamień po kamieniu. Każde miejsce było wielokrotnie przebudowane, dotykane. W Górach były miejsca, co do których mieliśmy pewność że nikogo tu nigdy nie było. Jest to jakaś wartość w tej globalnej wiosce, przynajmniej dla mnie. Natomiast czego można zazdrościć? Łatwości wyjazdów. Tego że mamy paszport w domu. Zostaje kwestia pomysłowości i wybór celu. Kiedyś były problemy finansowe, są one i teraz. Patrząc na to, ilu Polaków jest w różnych miejscach świata, to teraz jest tysiąc razy łatwiej wyjechać. Jak przeczytałem książkę Moniki Witkowskiej o jej wejściu na Everest i przeglądałem zdjęcia, to widzę, że zmieniło się tam nie tylko ze względu na obecność ludzi – jest o wiele więcej śmieci, namiotów, leży tam około 150-200 ciał, niektóre nawet na ścieżce, ale jest tam także mniej lodu. Latem nawet widać tam pola kamieni. Jest żółty pas skał, który dzieli drogę z obozu trzeciego do czwartego, który „u nas” ledwie wystawał, a teraz jest o kilka metrów wyższy. Na szczęście w górach można nadal znaleźć mniej spektakularne nisze, gdzie można być samemu.

Jest Pan zdobywcą Korony Ziemi, gdyby ktoś ze wszystkich szczytów mógł zdobyć tylko jeden, który byłby Pana strzałem?

Jeżeli ktoś dopiero by zaczynał, to polecam Kilimandżaro – jest wysokie, najwyższe na kontynencie, jest w Afryce, która nie jest jeszcze tak bardzo znana i co chyba najważniejsze – technicznie jest łatwa. Natomiast czuje się tam już potęgę tej góry. Każdego dnia zmienia się tam klimat – startuje się z dżungli, a na szczycie jest lodowiec. Mont Blanc jest trudniejszy technicznie. Elbrus jest łatwiejszy niż Mont Blanc, ale trudniej dostępny. Wszystkie inne są albo dużo droższe, albo dużo trudniejsze.

Wspomniał Pan, że relacje przypominały mecz – a w rzeczywistości czy studia i praca walczyły o pierwsze miejsce z pasją?

Zdawałem do szkoły morskiej, a wtedy jeszcze nie było soczewek kontaktowych i na badaniach wyszło, że mogą mnie przyjąć do maszynowni albo gastronomii, powiedziałem, że mogę zostać jedynie kapitanem. Nie zostałem marynarzem, w związku z czym poszedłem na geodezję, co było szczęśliwym wyborem. Takie były czasy, że często zmieniałem zawód. Wyjechałem na dwa lata do Syrii, gdzie pracowałem jako geodeta. Później pracowałem przez dziesięć lat jako bankowiec. Potem jako finansista zajmowałem się rynkiem kapitałowym. Zajmowałem się też wyceną nieruchomości. Teraz zajmuję się organizacją wyjazdów. Trudno mówić mi o wyborze zawodu, bo zawsze wybierałem coś ciekawego, coś nowego. Świetnym wyzwaniem była praca w banku, bo tworzyła się nowa polska bankowość. Po półtora roku zostałem wicedyrektorem departamentu, w którym zaczynałem jako stażysta. Mój zespół wprowadził połowę z pierwszych pięćdziesięciu spółek notowanych na giełdzie. Wszystko było nowe. A góry? Góry wybrały mnie same. W górach znalazłem się przypadkowo, nie zostałem zawieziony przez rodziców. Rok przed moją maturą mama pracowała na kolei i mieliśmy darmowe bilety, więc chciałem pojechać z bratem na Turbacz, ale wysiedliśmy, zobaczyliśmy, że góry nie widać, wsiedliśmy ponownie do pociągu i pojechaliśmy do Zakopanego. To był krótki, trzydniowy wyjazd. Weszliśmy tylko na Kopieniec Wielki 1311 m. Zobaczyłem stamtąd góry i wiedziałem, że będę się wspinać. Wróciliśmy do Warszawy, kupiłem książki o górach i wspinaczce. Zdałem maturę, dostałem się na Politechnikę i dołączyłem do klubu alpinistycznego. To była ewidentna fascynacja górami.

A czy góry wybrały Pana dzieci?

Mam dwójkę dzieci, synów. Obaj są bardzo sprawni. Są przeciwieństwami – starszy wybrał bankowość, a młodszy ma pięćdziesiąt pomysłów na minutę. Starszy nawet ma już swoje dzieci. Są świetni w górach ale w zasadzie się nie wspinają. Inne czasy.

Leszek Cichy

KWESTIONARIUSZ PIVOTA

Jakie jest Pana ulubione słowo?

Powiem odważnie „Miłość”. Rozumiana szeroko.

A słowo, którego Pan nie lubi?

„Nie potrafię” albo „nie mogę”.

Co motywuje Pana do działania?

Ciekawość robienia czegoś nowego. I bycia w tym najlepszym.

Co Pana przygasza?

Spotkania z ludzką głupotą albo zawiścią. Albo jak słucham polityków. W straszliwy sposób irytuje mnie, kiedy polityk oskarża innych o coś o czym wie że jest czystą blagą i kłamstwem, ale robi to by pognębić przeciwnika.

Pana ulubiony dźwięk?

Prawie nie piję herbaty, jeżeli to Earl Greya. Ale rano uwielbiam zapach kawy i taki dźwięk „bul bul bul“, jaki wydaje ekspres do kawy.

Dźwięk, którego Pan nie lubi?

Jak oglądam ciekawy program w TV, co się czasami zdarza, i jest puszczana reklama, która jest o trzy tony głośniejsza. Nienawidzę tego.

Zawód, którego w życiu nie chciałby Pan uprawiać?

To musiałaby być jakaś nużąca praca fizyczna. Nie wiem, na przykład kanalarz. Trudno chyba znaleźć cokolwiek ciekawego, fascynującego w tym zawodzie. Poza tym ta zamknięta przestrzeń, prawda? Oczywiście, jeżeli by trzeba było, z przyjemnością przeszedł bym się kanałami. Na przykład w Paryżu kanały tworzą całe podziemnie miasto.

Czy jest jakiś jeszcze zawód, który mógłby Pan uprawiać?

Jeżeli miałbym jeszcze raz wybierać zawód, jako młody człowiek…

Kapitan statku? Nie, myślę, że mógłbym zostać pilotem samolotu. To mogłoby być ciekawe.

Zastanawiam się jeszcze nad kupnem fortepianu. Nie wiem, co na to moja żona…

Chciałbym nauczyć się grać na fortepianie. Mam jakiś słuch, ale nigdy nie próbowałem.

Moim ukochanym filmem, który oglądam co najmniej raz do roku jest „Dzień Świstaka“. Jest w nim taka słynna scena, w której główny bohater idzie na lekcję gry na pianinie po tym, jak postanawia się zmienić.

Marzę o tym, żeby móc tak dla samego siebie sobie pograć.

Chociaż nigdy nie zostałbym zawodowym śpiewakiem, czy artystą, bo to jest strasznie ciężka praca wiążąca się z ogromnym stresem. Anna Milewska powiedziała mi kiedyś, że to naprawdę trudny zawód, że 95% aktorów gra halabardników, a tylko 5% robi prawdziwą karierę. Nawet tym najlepszym jest ciężko. Im bardziej charakterystyczną rolę zagrają, tym dłużej czekają na telefon od agenta z kolejną propozycją Jest to okrutne.

Pivot zawsze kończył swoje wywiady pytaniem: „Jeśli niebo istnieje, co chciałby Pan usłyszeć u Bram Raju?”

Zakładając, że to będzie Raj…

Że nie zmarnowałem życia. Bo na końcu naszego życia to jest najważniejsze. Żeby nie mieć pretensji do siebie, że się czegoś nie zrobiło lub coś zrobiło nie tak.

Mount_Everest