W życiu, tak jak w podróży, potrzeba niewiele

– Coś, co może wydawać się wadą autostopu, dla nas jest jego zaletą – mówi przekornie Kamil. – Jak stoisz przy drodze i pada ci na głowę albo pierzesz ciuchy w rzece i myjesz się w umywalce na stacji benzynowej, to myślisz sobie, że można było jednak zostać w domu. Ale przychodzi też satysfakcja. Cały dom mam w plecaku, jestem samowystarczalny, niepotrzebny mi komputer i telewizja.

14047349_1743259095940791_4569710879650719076_o.jpg

Władcy świata! Fot. FB/Cebulane.podroze

Poznali się w liceum w Białymstoku. Później razem przeprowadzili się do Warszawy i rozpoczęli studia na Wydziale Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej. Patryk Andrzejewicz jest absolwentem kierunku gospodarka przestrzenna, teraz kontynuuje studia w Szkole Głównej Handlowej. Kamil Wróblewski niebawem zostanie magistrem geodezji i kartografii. Razem tworzą „cebulany” duet. Cebulanymi nazywają swoje podróże: najlepiej autostopowe, bez szczegółowego planu, z własnym namiotem, plecakiem, w nieodkryte dotąd rejony.

– Bywa, że jest to wystawianie swojej cierpliwości na próbę – mówi o podróżowaniu stopem Patryk. – Stoisz na poboczu, nic nie jedzie, jest zła pogoda. W takich chwilach testujesz swój charakter, sprawdzasz sam siebie, na ile jesteś w stanie wytrzymać ten ciąg niepowodzeń.

Przed wyjazdem na Syberię na złapanie pierwszego stopa z Augustowa czekali 4 godziny. Jak już ruszyli, też nie było kolorowo. Po 9 godzinach byli 30 kilometrów od punktu startu. Żartowali, że w zasadzie mogli wrócić na noc do domu. – Szybko okazało się, że autostop jest przewrotny – mówi Patryk. – Jeszcze w nocy złapaliśmy ciężarówkę, która dowiozła nas prawie do granicy z Rosją.

Chłopaki przywykli już do takiej odmienności losu: jeśli przez cały dzień jedzie się bez problemów, na pewno wieczorem trzeba będzie iść kawał drogi dokądś, gdzie można rozbić namiot. Z kolei, gdy dzień rozpoczyna się od poważnych problemów, nie jest powiedziane, że wieczorem nie przydarzy się szczęśliwy traf.

A gdyby tak…

Ich pierwszą, poważną wspólną podróżą był wyjazd do Norwegii. To był też pierwszy i ostatni raz, kiedy istotnym elementem ich wyjazdu było planowanie: zakup biletów, czytanie na forach opinii ludzi, którzy już tam byli, zaplanowanie każdego dnia pobytu. – Później było już zupełnie inaczej – mówi Kamil. – Wytyczaliśmy sobie jakiś cel, np. szczyt górski, który chcemy zdobyć. Mieliśmy ogólny plan podróży, ale jeśli kierowca zaproponowałby nam, żebyśmy zjechali z trasy, bo tam jest coś fajnego, to pewnie byśmy zmienili plany.

– Trzy lata temu, jakiś tydzień przed kanonizacją Jana Pawła II, wpadło mi w oko ogłoszenie o jakimś darmowym polu namiotowym i pomyślałem sobie, że może by tak pojechać stopem do Rzymu – wspomina Patryk. – Wtedy Kamil wchodzi do mieszkania i pytam go: „Jedziemy za tydzień do Rzymu?”, a on: „No dobra!”.

Chociaż swoją podróżniczą przygodę zaczynali od objazdówek po zachodzie Europy, powoli zbliżali się jednak do Wschodu. – Wiedzieliśmy, że tam nas bardziej ciągnie – przyznaje Kamil.

Górski szlak

Wspólnym mianownikiem ich wypraw są góry, które w dość naturalny sposób znalazły się na mapie ich zainteresowań. – Chcemy minimalizować koszty, a siłą rzeczy zwiedzanie miast, szczególnie w Europie, jest dość drogie, a góry są darmowe – tłumaczy Kamil. – Opłaty ograniczają się do kosztów noclegu w schronisku czy wstępu do parku narodowego.

13925353_1741506066116094_2439943019244997684_n

Góry to ich wielka pasja. Wejście na szczyt rekompensuje wszystkie niedogodności drogi. Tu na Aktru, Ałtaj (Rosja), fot. FB/Cebulane.podroze

Mimo że wiele mówią o szczęśliwym losie, niezaplanowanych przygodach, w ich historiach widać, że nic nie dzieje się przez przypadek. W grudniu 2013 roku Patryk był w Gruzji. Wtedy, stojąc u podnóża Kazbeku, padł pomysł o zdobyciu tego szczytu. – Pomyślałem, że wejście na Kazbek, to dopiero musi być uczucie – wspomina. – Po chwili mój współtowarzysz Marcin rzucił: „Mam pomysł. Obierzmy sobie za cel, że w ciągu dwóch lat tam wejdziemy, co ty na to?”. Popatrzyłem na niego błagalnym wzrokiem: „No ty chyba niepoważny jesteś, ja nawet zimą w Bieszczadach nie byłem”. Dwa lata później Patryk z Kamilem stanęli na szczycie najwyższej góry w Gruzji.

Odtąd góry zajmują coraz więcej miejsca w ich planach i podróżach. Tanie podróżowanie ma oczywiście swoje granice, zwłaszcza gdy celem są wysokie góry. Odpowiedni sprzęt sporo kosztuje. – Nasi znajomi dorobili się już samochodów, a my za to mamy puchowe kurtki i dobre buty – śmieje się Patryk.

Profesor autostopu

W podróżowaniu na „cebulę” można dojść do perfekcji. – Z każdym wyjazdem zabieramy coraz mniej rzeczy, w ¾ plecak zapełnia i tak sprzęt górski: raki, czekan, kurka zimowa, buty – wylicza Kamil. – Nagle zdajesz sobie sprawę, jak mało potrzeba – dodaje Patryk.

Wiele można nauczyć się także od ludzi, których spotyka się po drodze. – Jest poranek, zwijamy namiot przy drodze, poprzedniej nocy byliśmy na polowaniu (o tym będziemy pewnie jeszcze mówić), krótko spaliśmy, byliśmy zmęczeni – opowiada Patryk. – Podbija do nas jakiś dziadek i gada, i gada, a my w ogóle nie mieliśmy nastroju na rozmowy, chcieliśmy zwinąć ten namiot i jechać już nad Bajkał. Nagle okazało się, że ten pan jest autostopowiczem i robi pętlę wokół Bajkału. Ustawiamy się obok siebie, ruch marny, nikt nie może nic złapać. I on nagle postanowił nam dać lekcję autostopu: powiedział, że musimy postawić plecaki za zatoczką autobusową, żeby wyglądały na takie maleńkie. On to akurat praktykował, bo miał olbrzymi plecak i stawiał go ze 30 metrów za sobą. Z perspektywy samochodu ten plecak wyglądał tak, jakby stał przy autostopowiczu i był naprawdę niewielki. Stwierdziliśmy, że jak się go nie posłuchamy, to ta klątwa będzie na nas ciążyła i nie ruszymy z miejsca. Przeniosłem plecaki na koniec zatoczki. Za 3 minuty siedzieliśmy już w samochodzie.

Hardkor i disko

Dla osób, które nigdy nie próbowały autostopu, taki wyjazd może wydawać się dość ryzykowny. Kamil i Patryk nie mają raczej specjalnych sposobów na uniknięcie potencjalnego niebezpieczeństwa. W autostopie ryzykuje przecież nie tylko ten, który łapie stopa, ale także kierowca, który decyduje się taką osobę zaprosić do swojego samochodu.

– Raz byliśmy na granicy albańsko-macedońskiej, to był 1 stycznia, było już ciemno – wspomina Kamil. – Wysiadamy przy przejściu granicznym, wszystko wyglądało jak z horroru. Rząd ciężarówek, migająca gdzieś lampa. Przeszliśmy granicę i chcieliśmy coś złapać. Zatrzymała się osobówka, ale chcieli pieniądze za przejazd, więc im tłumaczymy, że dziękujemy, bo my chcemy za darmo. W końcu gościu nas zmierzył wzrokiem, otwiera bagażnik i mówi „wsiadajcie”. W środku pięciu potężnych gości, ciemno, oni słabo mówią po angielsku. Chwilę się zawahaliśmy, ale wsiedliśmy: ściśnięci w tym bagażniku, z plecakami na sobie, myśleliśmy tylko, co się z nami stanie. W zasadzie mogli nas gdzieś wywieźć, ale podrzucili nas na stację benzynową i włos nam z głowy nie spadł.

14138608_1745856022347765_4743073804356541853_o.jpg

Kierowcy, którzy zabierają ich na stopa dokładają bezcenną cegiełkę do tych podróżniczych historii. Fot. FB/Cebulane.podroze

Główną zaletą autostopu nie jest dla nich wcale podróżowanie za grosze. Tu raczej chodzi o kontakt z drugim człowiekiem. – Kasę jakoś zawsze można skombinować, są tanie loty – tłumaczy Kamil. – Chodzi o to, że wiele z naszych szalonych historii by się nie wydarzyło, gdyby nie autostop, np. polowanie na Syberii.

Polowanie na niedźwiedzia

Na takie nieprawdopodobne opowieści czekam od początku spotkania z chłopakami.

– To był praktycznie koniec podróży: musieliśmy dojechać do Irkucka, szło nam słabo, a musieliśmy tam dotrzeć, bo stamtąd mieliśmy kolej transsyberyjską do Moskwy – rozpoczyna opowieść Patryk. – Już się ściemniało, już chcieliśmy szukać miejsca, żeby się rozłożyć z namiotem, a tu złoty strzał – zatrzymuje się Wiktor, który zabiera nas w 300-kilometrową podróż do samego Irkucka.

Następnego dnia chłopaki chcieli dotrzeć nad Bajkał. 250 km – jak dla nich – pryszcz. Zatrzymuje się Dima, typowy mieszkaniec nadbajkalskich krain. Po przejściu przez standardowe tematy rozmów podczas autostopu Dima mówi, że w te rejony obrzydliwie bogaci Niemcy i Japończycy przyjeżdżają polować na niedźwiedzie. W końcu rzuca w stronę chłopaków pytanie, którego się nie spodziewali: „Byliście kiedykolwiek na polowaniu? Jak chcecie, to możecie jechać ze mną”.

– My w głowie mieliśmy już tylko chillout nad Bajkałem, ale… – mówi Patryk. – W tym momencie Dima zobaczył iskry w naszych oczach – opowiada Kamil. – No cóż, takich okazji się nie przepuszcza.

Do końca nie wierzyli, że mają polować na niedźwiedzia. W życiu nie trzymali broni w rękach. – Ja wciąż zastanawiałem się, czy my go dobrze zrozumieliśmy – mówi Patryk. – Ale zjechaliśmy z drogi, pojechaliśmy do niego do domu, gdzie zaczęły się przygotowania.

Przed polowaniem trzeba było wypić toasty za dusze przodków, za powodzenie polowania. Dima i jego rodzina praktykowali szamanizm. – Trzeba było np. zanurzać serdeczny palec prawej ręki w wódce i oddawać po kropelce bogom – wyjaśnia Patryk.

Gdy zaczęło się już robić ciemno pod dom podjechało UAZ-em (terenowy samochód rosyjskiej, a wcześniej także radzieckiej produkcji) czterech myśliwych. – Wsiadamy tam, to były niesamowite emocje – wspomina Patryk. – Jedziemy w środek tajgi, jakąś ścieżką, ja nie wiem w ogóle, co się dzieje, nie mam pojęcia, co się wydarzy. Nagle wszyscy zajęli pozycje, my nie wiemy, o co chodzi, oni ze strzelbami w dłoniach, a my jak te dwa ćwoki, nie mamy co ze sobą zrobić. Potem ruszamy w las, na dachu siedzi operator reflektora, w samochodzie trzęsie nieziemsko. To było jak rodeo. Ja tylko patrzyłem, gdzie nagle rozbłysną dzikie ślepia. Jeździliśmy tak chyba przez całą noc.

– Najciekawiej zaczęło się robić, gdy wjechaliśmy na teren wojskowy FSB (rosyjskie służby bezpieczeństwa) – mówi Kamil. – My nawet nie mieliśmy rosyjskiego meldunku. Oczywiście Dima mówi, że w razie czego gęba na kłódkę. Jasne, jakby co, to my nie wiemy, o co chodzi, jesteśmy tylko autostopowiczami.
***

Po takich przeżyciach z pewnością trudno jest wrócić do normalnej rzeczywistości. Dla wielu podróżowanie staje się ucieczką przed codziennością, do tego stopnia, że porzucają dotychczasowe życie. – Podróż powinna być najwspanialszym dodatkiem do życia, a nie jego sensem – podkreśla Patryk. – Z każdą kolejną wyprawą coraz bardziej doceniam to, w jakim kraju żyjemy – dodaje Kamil. – Dopiero po pierwszych wyjazdach za granicę zacząłem odkrywać Polskę, okolice mojego rodzinnego miasta. Żyjemy w całkiem fajnym kraju.

14207670_1747365818863452_1769376386081654514_o

W życiu, tak jak w podróży, potrzeba niewiele… Fot. FB/Cebulane.podroze

O kolejnych przygodach „cebulanych ” chłopaków przeczytacie z pewnością na ich profilu na Facebooku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s