#ludziePW Marcin Kaczkan: „Jak jest się zimą na K2, to musi być ciężko”

Na co dzień zajmuje się optoelektroniką na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych i prowadzi zajęcia ze studentami. Bardziej ekstremalnych wrażeń szuka w wysokich górach. Pod koniec grudnia wyjedzie z polskim zespołem himalaistów do Karakorum, by po raz pierwszy w historii zdobyć zimą „górę gór” – K2. O tym, jak wyglądają przygotowania do takiej wyprawy, co dzieje się z organizmem człowieka na 8 tysiącach metrów oraz co czuje się po wejściu na szczyt i dlaczego nie jest to satysfakcja, mówi dr inż. Marcin Kaczkan.

Marcin Kaczkan, foto Piotr Morawski

Marcin Kaczkan jest jednym z uczestników polskiej zimowej wyprawy na K2 2017/2018, fot. Piotr Morawski

Kiedy zdobył pan swój pierwszy ośmiotysięcznik, poczuł pan, że wszedł na inny poziom wtajemniczenia? Czy powyżej tych 8 tysięcy metrów coś się nagle zmienia?

To taka umowna granica, może bardziej psychologiczna, że nagle na tych 8 tysiącach coś się zmienia. Ja moją przygodę z górami zaczynałem stopniowo: Tatry, Alpy, Kaukaz, Pamir, Tienszan i tak tę wysokość sobie zwiększałem. W końcu przyszedł czas na 8 tysięcy metrów, ale nie odczuwałem jakiejś drastycznej różnicy.

K2 uchodzi za najtrudniejszą górę świata, jest marzeniem i najambitniejszym celem wielu wspinaczy. Cały świat himalaistów patrzy w tamtą stronę i każdy chce być tym pierwszym, który ją zdobędzie.

K2 nie jest łatwą górą, trzeba się tam sporo powspinać. Wiadomo, trzeba być technicznie sprawnym, ale techniczne trudności nie ważą o zdobyciu tej góry. Każdy sprawny człowiek na nizinach byłby sobie w stanie z takim wysiłkiem poradzić. O tym, że K2 jest tak trudna do zdobycia, decyduje kilka nałożonych na siebie czynników: wysokość, trudne warunki atmosferyczne, niska temperatura, wiatr, niskie ciśnienie i brak tlenu. Tam jest do dyspozycji jedynie 30% tlenu, który jest dostępny w powietrzu na wysokości, na jakiej normalnie funkcjonujemy.

Co się wtedy dzieje z człowiekiem?

Przez brak tlenu organizm funkcjonuje zupełnie inaczej: nie ma się siły, wydolność gwałtownie spada, każdy krok to jest ciężka praca. Tak naprawdę nie da się przygotować do takich warunków. Największym problemem jest przyzwyczajenie organizmu do przebywania na dużych wysokościach. Nikt jeszcze nie wymyślił supertreningu, który spowodowałby, że człowiek znajdujący się nagle na 7 czy 8 tysiącach metrów, będzie się tam dobrze czuł. Jedynie wcześniejsze doświadczenie i aklimatyzacja – długofalowe przebywanie w tych warunkach (nawet około miesiąca), wchodzenie i schodzenie tam i z powrotem, „przełącza” organizm na tryb górski. Znam wielu świetnych sportowców, którzy osiągają superwyniki, ale powyżej pewnej wysokości się zupełnie rozkładają. Chociaż, tak naprawdę, jeśli chodzi o aklimatyzację, to dobrze zaaklimatyzować można się maksymalnie do wysokości 5 tysięcy metrów. Na takich wysokościach zakłada się też bazy, bo tam można się jeszcze regenerować. Powyżej tej wysokości organizm w ogóle się nie regeneruje, a następuje tylko gwałtowna degradacja. Dlatego tak ważny jest czas – górę trzeba zdobywać szybko.

K2 zimą widziane z bazy pod Broad Peak

K2 zimą widziane z bazy pod Broad Peak, fot. Marcin Kaczkan

Na samym szczycie jest się bardzo krótko.

Tak, praktycznie kilka minut, a zimą to są dosłownie sekundy. Zmęczenie jest tak duże, że nigdy mi się nawet nie chce wyciągać aparatu, który wnoszę całą drogę ze sobą. Ale zawsze krzyczą na mnie przez radio, że musi być zdjęcie!

Czy jest wtedy czas na radość ze zdobytego celu?

Kiedy jestem na szczycie, to mam dwa uczucia. Pierwsze to ulga, że już nie trzeba wyżej wchodzić. Drugie to niepokój, że trzeba jeszcze z tego szczytu zejść. Satysfakcja przychodzi dopiero, jak się zejdzie do bazy. Kiedy się ochłonie, nabierze sił, to wtedy można dopiero o tym myśleć.

To dlaczego pan to robi i wciąż wraca w wysokie góry, ryzykując swoje zdrowie, a nawet życie?

Niektórzy lubią łowić ryby, inni jeżdżą na nartach, a niektórzy drapią się po górach. Ja akurat trafiłem do tych ostatnich. Pochodzę z Mazur, więc zawsze, przekornie, ciągnęło mnie w góry. Chciałem zobaczyć, jak to jest, kiedy jest się zdanym tylko na siebie. Brałem plecak, jechałem na 2-3 tygodnie w Bieszczady, zupełnie sam. Później zacząłem jeździć w Tatry i wciągnąłem się. W gronie znajomych organizowaliśmy sobie różne wypady: w Tatry, Alpy, Kaukaz. Bardzo lubiłem wyjazdy na siedmiotysięczniki: w Tienszan, Pamir. To są piękne góry, bardzo wymagające, a jednocześnie tanie, co było bardzo ważne, bo byłem wtedy studentem. Moja pierwsza wyprawa (pod koniec lat 90.), razem z przelotem, kosztowała 600 dolarów. Moim kompanem na wielu wyjazdach był Piotrek Morawski z Wydziału Chemicznego. Spotkaliśmy się gdzieś w klubie i dopiero wtedy okazało się, że obaj jesteśmy z Politechniki.

Zdobył pan K2 latem. Zimą w 2003 roku z Denisem Urubką i Piotrem Morawskim właśnie osiągnęliście najwyższą, jak dotąd, zdobytą zimą na K2 wysokość – 7650 m. Można powiedzieć, że było blisko zdobycia szczytu?

Ja bym tego tak nie określił. Media tak to przedstawiały, że byliśmy tuż tuż. Jednak przed nami było tysiąc metrów, a to jeszcze kawał drogi. Przed nami był kuluar, który wyprowadzał nas w zasadzie na szczyt, ale to było jednak tysiąc metrów przewyższenia. Nawet latem bardzo trudno jest wejść i zejść jeszcze tego samego dnia. Zimą dzień jest dużo krótszy, więc to byłoby bardzo duże wyzwanie.

Od tego czasu minęło 14 lat, to sporo.

Wtedy po raz pierwszy byłem na ośmiotysięczniku. Pierwszy raz i od razu K2, i to zimą. To była dla mnie jakaś przepaść. Z Piotrkiem Morawskim śmialiśmy się, że jedziemy czyścić buty bardziej doświadczonym kolegom, popatrzymy, będziemy się tam gdzieś krzątać. Okazało się zupełnie inaczej. Kierownik wyprawy miał wobec nas dużo odważniejsze plany. To była szkoła życia. Wszystko, co tam spotykaliśmy, było dla nas nowe. I wszystko braliśmy za normę: jak jest ciężko, to tak ma być. Jak jest się zimą na K2, to musi być ciężko.

Obóz 3 (6900) na Broad Peak (8047), w tle K2 (8611), foto Adam Bielecki 960

Marcin Kaczkan w trzecim obozie (6900 m) na Broad Peak, w tle K2, fot. Adam Bielecki

Taka wyprawa to nie tylko duży wysiłek dla himalaistów już na miejscu, ale także samo jej przygotowanie jest skomplikowanym logistycznie zadaniem.

Bardzo trudno jest zorganizować zimą karawanę, dlatego cały transport, który tylko możemy, wysyłamy jesienią. Na lodowiec zanoszona jest część ekwipunku: sprzęt, żywność. To sobie tam leży i na nas czeka. Nie ma obawy, że się z tym coś stanie, bo po prostu tam nikogo nie ma. Po świętach lecimy do Pakistanu. Ostatnie miejsce, do którego możemy dotrzeć dzięki komunikacji, to mała miejscowość Askole. Stamtąd do bazy pod górą idziemy pieszo przez około tydzień. Latem to jest całkiem przyjemna trasa trekkingowa, zimą czasem jest to dość ciężka do przejścia droga.

Będziecie jedyną ekipą u podnóża K2 tej zimy.

To tak naprawdę lepiej, że będziemy tam sami. Są pewne przymiarki do trasy, ale na miejscu może się wszystko zmienić. Może się okazać, że trasa, którą rozpoczniemy atak, będzie zbyt niebezpieczna i trzeba będzie wybrać inną. Kiedy jesteśmy tam jedyną wyprawą, to mamy całą górę dla siebie i możemy wybrać najlepszą drogę. Jeśli tych wypraw byłoby więcej, to choćby pozwolenia na przejścia konkretnymi trasami byłyby podzielone.

Przez dwa miesiące będziecie żyć u podnóża K2. Co tam robicie, kiedy dostęp do dziennego światła ogranicza się do 8 godzin dziennie?

Te dwa miesiące są po to, żeby się zaaklimatyzować, założyć poręczowania, ubezpieczyć górę, rozstawić 3-4 obozy i zaopatrzyć je. Zakładanie obozu brzmi bardzo poważnie, ale generalnie sprowadza się to do tego, że musimy znaleźć najlepsze miejsce na postawienie namiotu, gdzie będzie można się przespać, odpocząć i zjeść coś ciepłego. Latem można jeszcze wykopać coś w śniegu. Zimą sama góra jest bardzo oblodzona, a śniegu jest mało, więc żeby przygotować platformę pod namiot, trzeba będzie kuć lód. Więc czeka nas sporo ciężkiej pracy.

Kierownik tegorocznej polskiej wyprawy na K2, Krzysztof Wielicki, mówi, że szanse na zdobycie szczytu wynoszą 5 procent. To bardzo mało. A jednak podejmujecie to wyzwanie.

Takie ryzyko zawodowe. K2 zostanie zdobyte zimą, prędzej czy później. Do tej pory były tam tylko trzy wyprawy. Ale ze wszystkich najwyższych gór świata już tylko K2 zostało do zdobycia zimą, więc myślę, że z roku na rok tych wypraw będzie przybywać. I w końcu komuś się uda. To, tak naprawdę, mocno zależy też od szczęścia. Czy trafi się akurat z formą, przygotowaniem góry, czy wstrzeli się w okno pogodowe, żeby tam „wskoczyć”.

A na wakacje wybiera pan góry czy morze?

(śmiech) Jak jadę na wakacje, to faktycznie nad morze. Ale to głównie ze względów rodzinnych, chociaż taka odskocznia w postaci wyjazdu nad morze także mi robi dobrze. Szczególnie dzieci lubią wylegiwać się na plaży i moczyć w wodzie. Ja nieszczególnie, ale się poświęcam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s