Opłaca się nie chodzić na skróty

Dla niektórych studia to przede wszystkim nauka, wykłady i laboratoria. Dla innych to tylko ułamek doświadczeń, jakie można zebrać na Politechnice. O wielkiej przygodzie, jaką była obecność na PW oraz działalność w organizacjach i mediach studenckich opowiedział Maciej Pietrukiewicz – niegdyś aktywny członek NZS PW, obecnie spec od influencer marketingu.

Maciek Pietrukiewicz jest specjalistą od marketingu i współtwórcą kolektywu Dobry Wpływ. Na zdjęciu w Gmachu Głównym, który, jak sam mówi, przywołuje wiele fantastycznych wspomnień.

Nie jesteś chyba typowym umysłem ścisłym. Jak to się stało, że trafiłeś na Politechnikę Warszawską?

Zaczęło się od dylematu — w szkole lubiłem zadania pisarskie, teoretycznie zarezerwowane dla humanistów, ale dobrze radziłem sobie też z matematyką. Stwierdziłem, że warto postawić właśnie na nią. Jednak, jak pewnie większość 19-latków, nie do końca wiedziałem jeszcze, co chcę robić w życiu. Wybrałem się na Drzwi Otwarte PW i problem rozwiązał się sam.

Zadziałała magia miejsca?

Raczej osobowość człowieka, który reprezentował Wydział Transportu. Nie przypomnę sobie dokładnie, o czym wtedy z nim rozmawiałem, ale pamiętam, że był mega otwarty, szczery i sprawiał wrażenie niezwykle zaradnego.

Szybko odnalazłeś się na uczelni?

Bardzo! Miałem zresztą zgraną grupę i cały pierwszy rok to była niekończąca się integracja. Już na pierwszym semestrze zapisałem się do NZS-u, a na drugim zacząłem w nim aktywnie działać.

Nawet na studiach technicznych znalazłeś sposób, żeby realizować się także w sferze kulturalnej.

Połączenie tych dwóch rzeczy nie było problemem. W towarzystwie, w którym się obracałem, było mnóstwo osób zaangażowanych w działalność uczelnianych mediów. W końcu w ręce wpadło mi I.PEWU (Miesięcznik Kulturalny Studentów Politechniki Warszawskiej) i stwierdziłem, że mógłbym się tam udzielać. Napisałem więc list do redakcji i nieco buńczucznie zaprezentowałem taką wizję: w waszym piśmie są rzeczy, które można zrobić lepiej — i to właśnie ja je zrobię. Tak właśnie sam stałem się członkiem redakcji.

Jeden z archiwalnych wstępniaków redaktora Pietrukiewicza

Udzielałeś się jednak w jeszcze innych projektach.

Zgadza się, przełomowym był chyba artystyczny przegląd GAPA. Moim zadaniem było przygotowanie od A do Z kategorii Rock (później także doszła druga, Hip-Hop). Trzeba było znaleźć miejsce na przeprowadzenie konkursu, znaleźć partnerów, sponsorów nagród i zabookować gwiazdę wieczoru, która ściągnie ludzi. Było to spore wyzwanie, ale też niezwykle satysfakcjonujący projekt. Po pierwszej edycji wydarzyło się jednak coś niespodziewanego –  odezwał się do mnie zespół Inscript, który wprawdzie nie wygrał konkursu, ale chciał, żebym został ich menadżerem.

To brzmi dumnie!

To było menadżerowanie w stylu studenckim — zyski liczone były raczej w dziesiątkach złotych (śmiech), choć kilka dobrych koncertów udało się zorganizować. Traktowałem to jako świetną przygodę i zajmowałem się zespołem, bo po prostu uwielbiałem ich muzykę! Nigdy nie potrafiłem zmuszać się do robienia czegoś, czego nie lubię albo czegoś, co daje pieniądze, ale nie satysfakcję. Bycie menadżerem zespołu wiązało się przy okazji z promowaniem go w social mediach, w które zacząłem wtedy mocniej wchodzić.

Wtedy jeszcze profil na FB nie był normą?

Pamiętam, że zaczynaliśmy od profili na MySpace i Gronie, potem przyszedł czas na FB. Wtedy celem było wypromowanie zespołu i informowanie o kolejnych koncertach, nowych utworach itd. To doświadczenie było niejako wstępem do późniejszej pracy zawodowej. W międzyczasie miałem oczywiście jeszcze kilka pomysłów na siebie. Na przykład kiedy przygotowywałem LipDuba PW, wierzyłem, że będę specem od PR-u. Pisząc do gazety i robiąc wywiady planowałem karierę dziennikarską. Ba, miałem okazję nawet spełnić jedno ze swoich marzeń i prowadzić własną audycję radiową w Radiu Aktywnym! Do końca więc nie oszukałem humanistycznych skłonności i realizowałem się w pełni dzięki mediom i organizacjom na PW.

Większość osób, które wybierają profil ścisły w szkole średniej, a później idą tą samą ścieżką na studiach, nawet nie bierze pod uwagę „przebranżowienia”.

Transport dla wielu moich kolegów i koleżanek z roku był rozsądnym wyborem, dawał sporo możliwości. W moim przypadku zwyciężyły jednak pasje. Po kilku latach studiów wiedziałem już, co chcę robić, miałem liczne doświadczenia wyciągnięte z działań w mediach PW i NZS-ie, ale nadal byłem człowiekiem spoza branży. To były zresztą czasy, w których chyba trochę ciężej było się dostać do agencji marketingowej „z ulicy”.

Jak udało Ci się przebić do świata marketingu?

Musiałem pokazać się od kreatywnej strony. Prowadziłem kilka fanpage’y czy też bloga Wszędoblogerski, ale to było za mało. Z dwoma kolegami stworzyliśmy więc coś w rodzaju filmowego listu motywacyjnego. Dość nietypowego, bo stylizowanego na nagranie z porwania. Link do tego filmiku przesyłałem potencjalnym pracodawcom. To oni mogli zadecydować o tym, jaki finał będzie miała historia, wybierając jedną z dwóch nagranych przez nas opcji – mechaniką przypominało to możliwość wyboru znaną choćby z interaktywnego odcinka Black Mirror, czyli Bandersnatch. W tej optymistycznej wersji zakończenia byłem uwalniany i przedstawiałem się rekruterowi.

Pomysł chwycił?

Nie od razu. Na samym początku video przesłałem do tylko jednej upatrzonej firmy. Zostałem zaproszony na rozmowę, ale w tamtym momencie nie była prowadzona rekrutacja na stanowisko, które by mnie interesowało. Nie zniechęciło mnie to – byłem przekonany do swojego pomysłu, więc opisałem to doświadczenie na blogu, a linka do wpisu dołączałem do kolejnych zgłoszeń. W końcu się udało.

Pierwsze zajęcie w nowej branży?

Opieka nad fanpage’ami, także tymi należącymi do bardzo dużych marek. Spora odpowiedzialność, ale bardzo mi się to podobało. W pewnym momencie poczułem, że muszę coś zmienić i przeniosłem się do kolejnej agencji digitalowej. Miałem już trochę doświadczenia z zakresu tworzenia treści dla marek, ale wiedziałem, że chcę zajmować się także innymi sferami digitalu. W nowej pracy zaproponowałem, że wejdę w nurt związany z influencerami.

Miałeś jakichś mentorów, osoby zaprawione w boju, od których się uczyłeś?

W tamtym momencie już nie, bo w zasadzie tylko ja się zajmowałem tą konkretną działką. Po pewnym czasie jeśli ktoś w firmie myślał o jakimkolwiek działaniu z influencerami, w pierwszym odruchu zwracał się do mnie.

Czyli sukces.

Na pewno olbrzymia satysfakcja. Sam proces realizacji kampanii z influencerami na pierwszy rzut oka nie wydaje się skomplikowany. Fakt jest jednak taki, że trzeba mieć niezłe rozeznanie, wiedzieć, jak działają niektóre mechanizmy czy sami twórcy – a to już „miałem” dzięki wcześniejszym doświadczeniom z zakresu tworzenia treści czy prowadzenia bloga. Ostatnie 3 lata to był naprawdę dynamiczny i piękny czas, który znów pomógł mi się realizować: przeprowadzałem kampanie z influencerami, analizowałem je, popełniałem błędy, uczyłem się na nich, poprawiałem proces, podłapywałem pomysły od specjalistów z innych dziedzin i w ten sposób budowałem swój know-how.

W końcu jednak i to przestało Ci wystarczać.

Znów poczułem, że muszę coś zmienić. I od kilku miesięcy razem z moją wspólniczką działamy na własną rękę w kolektywie Dobry Wpływ. Jest więcej czasu na poszczególne projekty, stawiamy przede wszystkim na jakość, a nie ilość. Chcemy działać efektywnie i odpowiedzialnie. Branża marketingu influencerskiego dynamicznie się rozrasta, a to niestety sprzyja różnym nieetycznym działaniom czy wręcz chodzeniu na skróty przez influencerów oraz marki, dlatego realizujemy także naszą misję, edukując rynek – dzieląc się naszym spojrzeniem na to, jak powinien wyglądać efektywny influencer marketing.

Starasz się więc promować etykę w marketingu.

Chcę promować podejście, przy którym wygrywają wszyscy: influencerzy, brandy, a także odbiorcy. Takie projekty dają także mi najwięcej satysfakcji i wierzę, że da się to zrobić, ale nie drogą na skróty.

Tęsknisz czasami za bezpieczeństwem, jakie dawała praca pod skrzydłami dużej agencji? Teraz wszystkim musisz się zajmować sam.

I to jest najlepsze! Odpowiedzialność, którą muszę brać za firmę, traktuję jak wyzwanie, a nie obciążenie. Razem z moją wspólniczką, Martą, pozyskujemy klientów, dobieramy odpowiednich twórców, ustalamy z nimi przekaz… Ale mamy także dużo nowych obowiązków i pełną kontrolę nad wszystkimi tymi procesami. Pracy zawsze było i jest dużo, ale teraz mam nieporównywalnie większą satysfakcję.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s