#ludziePW Wicemistrz świata w drodze na igrzyska

Co można zrobić w ciągu siedmiu lat? Szymon Pośnik skończył w tym czasie studia inżynierskie na Wydziale Mechatroniki Politechniki Warszawskiej i prawie skończył studia magisterskie. Jest też na finiszu studiów z zarządzania na Akademii Leona Koźmińskiego. A gdyby tego było mało, zdobył cały worek medali w wioślarstwie. Wspólnie z kolegami z czwórki podwójnej był m.in. trzeci w mistrzostwach Europy 2018, drugi w mistrzostwach świata 2019 oraz najlepszy w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata 2019. Nam opowiada o wioślarskiej codzienności, długiej i krętej drodze do sukcesu, a nawet o bieganiu na nartach.

Szymon Pośnik

Szymon Pośnik trenuje wioślarstwo od 2008 roku, fot. BPI

Myślę, że każdy na moim miejscu chciałby Ci zadać to pytanie – jak to jest zdobyć medal mistrzostw świata?

To duża satysfakcja i szczęście. Przypominają się wszystkie lata treningu. Ciężka praca miała sens i w końcu dała owoc w postaci medalu. To największy sukces w mojej karierze.

Co on zmienia w podejściu do sportu, sposobie myślenia?

Daje pewność siebie. Wreszcie poczułem, że należę do światowej elity. Wcześniej tylko do niej pukałem. Teraz można powiedzieć, że w końcu stałem się pełnoprawnym wioślarzem.

Sportowcy nieraz mówią, że na mecie czy po zakończeniu zawodów nie czują nic poza zmęczeniem. Jak było u Ciebie?

Było zmęczenie, ale też nutka niedosytu, bo jednak byliśmy drudzy, a nie pierwsi. A cały wyścig walczy się o to, żeby wygrać.

No i zaczęliście bardzo ambitnie.

Takie było założenie. Mieliśmy zaryzykować i spróbować walczyć o złoto. Ale Holendrzy byli tego dnia silniejsi. Tylko kto nie myśli o złocie, wraca bez medalu. To uczucie niedosytu może być motorem napędowym na kolejny sezon – żeby powalczyć o złoto na igrzyskach olimpijskich.

  >>> Zobacz medalowy wyścig z udziałem Szymona Pośnika

Jak wyglądają przygotowania do tak ważnej imprezy jak mistrzostwa świata?

Zaczynamy w listopadzie poprzedniego roku. Na początku jest cykl: trzy tygodnie zgrupowania – tydzień w domu, choć wtedy też realizujemy plan treningowy.

Trenujemy dwanaście razy w tygodniu, po dwa razy dziennie. Wolne mamy tylko w środy i niedziele po południu. Jedna jednostka treningowa trwa od ok. godziny do nawet ponad dwóch godzin. Zmienia się intensywność i objętość ćwiczeń. Do tego dochodzą jeszcze rozruchy. Razem to kilkadziesiąt godzin w tygodniu. Doprowadzamy swoje organizmy do granic.

Przygotowujemy się w Polsce, np. w Szklarskiej Porębie – tam m.in. biegamy na nartach. Wyjeżdżamy też za granicę, bo nasze zimy nie są zbyt łaskawe dla wioślarzy. Potem to już karuzela: zgrupowania, zawody…  Każdy start to przygotowanie do imprezy sezonu. Bezpośrednio przed najważniejszymi zawodami jesteśmy w Zakopanem, a potem jedziemy do Wałcza – na obóz na wodzie. Już na miejscu, przed wyścigami zapoznajemy się z torem – takie treningi mają duże znaczenie.

Naprawdę biegacie na nartach? Co to ma wspólnego z wioślarstwem?

Z punktu widzenia anatomii czy fizjologii oba sporty są podobne, bo angażują właściwie wszystkie grupy mięśniowe. Choć w trochę inny sposób. Na nartach możemy robić dłuższe wysiłki niż na ergometrze wioślarskim. Dla nas to też dobra odskocznia od ciągłego wiosłowania.

Właśnie – ciągłe wiosłowanie. Trenujesz od 2008 roku. Jak to się zaczęło?

Duża w tym zasługa mojego taty, który był trenerem kajakarstwa. Nie namawiał mnie na swoją dyscyplinę, ale zachęcał, żebym coś trenował. Chciałem spróbować skoku o tyczce, ale w moim roczniku nie było sekcji. Potem była siatkówka, ale nie za bardzo się do niej nadawałem, bo brakowało mi przeglądu pola. Był też tenis stołowy, gdzie chyba mi za bardzo nie szło albo nie byłem wystarczająco zaangażowany. Kiedy w końcu postanowiłem coś poważnie trenować, miałem już 15 lat. To trochę późno na rozpoczynanie kariery w nowym sporcie. Do wyboru nie zostaje zbyt wiele dyscyplin. Wtedy tata skierował moje myśli na wioślarstwo. Spróbowałem. W pierwszym roku zdobyłem srebrny medal Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w czwórce bez sternika. I zostałem.

Ale stąd droga jeszcze daleka do osady, która reprezentuje Polskę w mistrzostwach świata. Jak się trafia do takiej grupy?

Proces jest bardzo długi. Zaczyna się już w kategorii juniora – tam jest pierwsza rywalizacja, dlatego warto się wtedy pokazać z dobrej strony. Do osad trafiamy poprzez regaty kwalifikacyjne. Grupa coraz bardziej się zacieśnia i zacieśnia. W naszym przypadku do ośmiu osób, z których ostatecznie wybieranych jest sześć: do czwórki i do dwójki. Na zgrupowaniach jesteśmy mieszani i sprawdzani w różnych układach. Mamy też różne pomiary, m.in. badania tensometryczne do mierzenia siły rozwijanej na wiosłach i pomiary przyspieszania wózków, czyli naszych siedzisk w łodzi. Ostateczną decyzję o składzie podejmuje trener Aleksander Wojciechowski – to człowiek, który ma 20 lat doświadczenia i wychował m.in. mistrzów olimpijskich.

Szymon Pośnik

Igrzyska olimpijskie – to teraz główny cel Szymona Pośnika i jego kolegów z osady, fot. BPI

Co jest największą siłą dobrego wioślarza?

Mówią, że najważniejsza jest głowa i trudno się z tym nie zgodzić. Głowa jest potrzebna w czasie regat, ale też podczas treningów, żeby realizować je z zaangażowaniem, koncentracją, rozwijać czucie wody, umiejętności techniczne czy parametry siłowo-wydolnościowe.

A kryzysy? Co jest najgorsze: nieobecność w domu, to, że ciągle widzi się te same twarze czy że ciężkie treningi nie przynoszą spodziewanych efektów?

Myślę, że każdego przynajmniej część z tych czynników rusza. Dochodzą jeszcze kontuzje. Ja w minionym sezonie miałem problemy z kolanem. Przez cztery tygodnie jeździłem na nartach i pływałem samymi rękami. Ale w takich trudnych momentach trzeba myśleć o celu.

Teraz są nim igrzyska olimpijskie?

Tak

Już wiecie, że będziecie tam pływać w takim samym składzie jak na mistrzostwach świata?

Nie. Kwalifikację olimpijską wywalczyliśmy dla kraju. Oczywiście jako medaliści mistrzostw świata jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji. Ale mamy jeszcze dwójkę, która na mistrzostwach świata też zdobyła medal – brązowy. Może trener będzie chciał nas wymieszać? Albo zamienić któregoś z nas na zawodnika rezerwowego? Trener nadal ma wachlarz możliwości, a my będziemy po prostu robić swoje i dążyć do poprawy poziomu z ubiegłego sezonu.

Z wioślarstwa można się w Polsce utrzymać?

Jeśli się ma wyniki, to tak. Zawodnicy, którzy nie są w tej pierwszej ósemce, z której trener wybiera skład do osad, mają problem. Ale tego sportu nie uprawia się dla pieniędzy, tylko z pasji. Sam kilka lat temu, żeby móc dalej trenować, pracowałem. Taka studencka robota – rozwoziłem jedzenie.

Szymon Pośnik

Żółta koszulka dla zwycięzców klasyfikacji generalnej Pucharu Świata 2019 to jedna z najważniejszych wioślarskich pamiątek Szymona, fot. BPI

Skoro zacząłeś mówić o studiach, to powiedz, jak to się stało, że trafiłeś na Politechnikę Warszawską.

Już idąc do liceum, nastawiałem się na przedmioty ścisłe. Potem zastanawiałem się nad kilkoma kierunkami na Politechnice, ale ostatecznie zdecydowałem się na mechatronikę. Wydaje mi się, że to dobry wybór dla sportowców, którzy nie od razu idą taką w pełni zawodową ścieżką – bo daje duże możliwości. Ja nie jestem typowym zawodnikiem kadry, który trafia do niej od razu po maturze. Przez pierwsze dwa lata studiów jeszcze nie byłem w reprezentacji, więc mogłem bardziej skupić się na nauce. Choć to też nie było takie proste, bo mechatronika nie jest łatwa. Potem, kiedy dostałem się do reprezentacji młodzieżowej, było już trudniej wszystko pogodzić. Ale jeszcze się udawało, bo tam nie ma tak dużo zgrupowań. Prawdziwe schody zaczęły się, jak znalazłem się w kadrze seniorskiej. Dobrze, że prowadzący szli mi na rękę i mogłem przełożyć terminy laboratoriów czy ćwiczeń. Ale od razu zaznaczę, że nic nie dostałem na tacy, dlatego, że jestem w reprezentacji Polski. Zresztą, studiuję już siedem lat. Przede mną ostatni semestr magisterki. Zostało mi tylko kilka przedmiotów, nie mam już projektów czy laboratoriów. Ale pracę planuję napisać po igrzyskach.

Takie techniczne studia pomagają w wioślarstwie?

Hmmm… Jestem chyba jedną z niewielu osób, która rozumie badania tensometryczne. Mogę nawet pomóc w ich zrobieniu. Studia dają mi też trochę opanowania i spokoju, bo wiem, że mam dyplom inżyniera, niedługo – mam nadzieję – magistra i gdyby coś poszło nie tak w sporcie, jest do czego wracać. Mam przy tym świadomość, że mój dyplom nie jest taki sam jak kolegi z roku, który był na stażu, przez dwa lata pracował, robił dodatkowe projekty. Ja tego wszystkiego nie mam. Ale nie ukrywam, że chciałbym jeszcze sprawdzić się w pracy poza sportem, zgodnej ze swoim wykształceniem.

Wydaje mi się, że takie godzenie dwóch różnych światów nie jest ani typowe, ani łatwe. Wiele mówi się przecież o tym, że żeby osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, trzeba się jej w pełni poświęcić.

Wbrew pozorom wiele osób stara się łączyć uprawienie sportu ze studiami, więc na pewno nie jestem tu wyjątkiem. Na moje podejście na pewno wpływ ma sytuacja z czasów, kiedy jeszcze byłem juniorem. Miałem wtedy bardzo poważną operację. Mogłem stracić nogę. Z taką świadomością nie powinno się stawiać na jedną rzecz, szczególnie tak ulotną jak sport.

Ta operacja to z powodu jakiegoś urazu?

Nie. Miałem wyrośl chrzęstno-kostną, wyrastała na kości piszczelowej i rozpychała strzałkową. Lekarze uznali, że to genetyczne. Bali się, że to może się przerodzić w nowotwór kości. Operacja miała być rutynowa, ale okazało się, że przez tę zmianę chrzęstno-kostną mam nieanatomiczny układ tętnic. Lekarze przecięli wyrośl, ale też tętnice i nerwy. Na stole straciłem 4,5 litra krwi. Dwa miesiące po operacji miałem w tej nodze tylko 60 parę procent krążenia nogi zdrowej. U starszych ludzi, którzy mają problemy z krążeniem, tworzy się coś takiego jak krążenie oboczne. U mnie ono też się wykształciło, i to w 2 czy 3 tygodnie. Wszystko przez to, że wcześniej trenowałem i organizm szybko się zaadaptował do nowej sytuacji. Mój przypadek był nawet pokazywany i omawiany na różnych sympozjach i debatach studenckich na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

Czas od operacji mijał, a krążenie w tej chorej nodze wciąż było naprawdę bardzo słabe. Lekarze chcieli mi w niej zrobić bajpas tętnicy. Ostatecznie zrezygnowali, bo mimo wszystko mogłem chodzić i normalnie funkcjonowałem.

Odczuwasz dzisiaj skutki tej sytuacji?

Jeden mięsień mam obumarty, jednego chyba w ogóle nie mam. Przez to jest ograniczona ruchomość i stopa mi się nie zgina.

To nie przeszkadza w sporcie? W codziennym życiu?

Przeszkadza, ale już się przyzwyczaiłem. Żyję z tym od 2010 roku. W 2011 miałem jeszcze operację przedłużenia ścięgna. Wtedy musiałem chodzić w bucie na pięciocentymetrowym koturnie, bo inaczej nie byłem w stanie. Co ciekawe, trenowałem i byłem nawet na mistrzostwach świata juniorów. Co prawda przedostatni, ale byłem. Kolega mi też opowiadał, że przed mistrzostwami Polski jego mama była zaskoczona, że trenuję i tak dobrze sobie radzę. A on jej odpowiedział: „mamo, on tu będzie walczył o złoto”. Ledwo chodziłem, ale udało się nam wtedy wygrać.

Teraz jest lepiej. Choć stopa w pełni się nie zgina i tak już pewnie zostanie. Chyba że nastąpi jakiś przełom w medycynie.

W łódce mamy wózek, podjeżdżamy, odpychamy się z nóg. Długo pracowałem, żeby ten podjazd wyczuć. Zajęło mi to chyba z 4-5 lat. Wszyscy mówili: „puść luźno nogi i wjedź”. A ja tak nie mogłem. Dzisiaj mniej biegam, nie robię niektórych ćwiczeń na siłowni. Na nartach też nie biegam stylem łyżwowym jak koledzy, tylko klasycznym. Czasami czuję w plecach czy kolanie, że bardziej się nadwerężają, bo tak kompensuję sobie problemy ze stopą. Ale teraz mój przypadek to już nie jest nic szczególnego. Mistrz olimpijski w mojej konkurencji – Michał Jeliński był cukrzykiem, więc można sobie radzić z przeciwnościami losu. Koniec końców chodzi o to, żeby robić swoje.

Szymon Pośnik

– Trenujemy dwanaście razy w tygodniu, po dwa razy dziennie – mówi Szymon. – Wolne mamy tylko w środy i niedziele po południu, fot. BPI

Dni, w których będą rozgrywane zawody wioślarskie na igrzyskach w Tokio, już zaznaczyłeś na czerwono w kalendarzu?

Wiem, że finał jest 31 lipca. Nie mam jeszcze kalendarza na 2020 rok, więc nic nie mogłem zaznaczyć. Ale skoro pamiętam datę, to o czymś świadczy.

Mimo wszystko wydajesz się bardzo spokojny. Czujesz w ogóle dreszczyk emocji związany z igrzyskami?

Tak, ale nie jakiś szczególny. Trzeba skupić się na bliższych celach: dobrze przepracować okres przygotowawczy, dobrze wejść w sezon, szybko złapać dobrą jazdę. Po drodze są jeszcze mistrzostwa Europy.

Czyli igrzyska nie spędzają Ci snu z powiek?

Nie, traktuję je jako wyzwanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s